O autorze
Dorota Minta jest psychologiem klinicznym, pomagającym dzieciom i dorosłym z zaburzeniami odżywiania. Michał Bonarowski od lat pracuje w mediach i specjalizuje się w komunikacji nowoczesnych marek w Internecie. Łączy nas pasja kulinarna: lubimy uczestniczyć w ciekawych zdarzeniach z jedzeniem w roli głównej, poznawać doskonałe produkty i ich oryginalne smaki oraz stojących za nimi prawdziwych ludzi.
Lubimy spędzać czas z ludźmi ceniącymi dobry smak, kunszt rolników, producentów i kucharzy, cukierników, winiarzy. Od czasu do czasu zapraszamy przyjaciół do stołu i gotujemy dla nich dania, które właśnie odkryliśmy.
Dla ludzi tak jak my lubiących dobre smaki, powstał kalendarz imprez kulinarnych wartych odwiedzenia. Czekamy na Wasze maile: kontakt@wydarzeniakulinarne.pl

Pod słońcem Marche.

Kiedy ponad 15 lat temu tłumy ruszyły do kina na „Pod słońcem Toskanii” zastanawiałam się dlaczego w holach kin nie ma stoisk biur podróży :). Nieomal każdy chciał choć na dwa tygodnie przenieść się do tego pięknego kawałka Włoch. A Włochy składają się z wielu innych, paradoksalnie, ciągle nieodkrytych zakątków, w których nie rozegrała się żadna komedia romantyczna. Dlatego, nie czekając na holywoodzkie produkcje, postanowiliśmy wyruszyć w poszukiwaniu mniej oczywistych miejsc na podróże kulinarne i wybraliśmy się dalej na południe, na wybrzeże Adriatyku, do regionu Marche.

Mieszkańcy tego regionu mówią, że to miniatura całych Włoch, bo jest i piękne wybrzeże, ale też wysokie góry. Do Marche wielu jeździ wiosną tylko po to, by obejrzeć połacie pięknie kwitnących pól soczewicy. My, swoim zwyczajem szukaliśmy ludzi i miejsc, dobrego jedzenia i wina :). Oto relacja, z tego co zobaczyliśmy i skosztowaliśmy.

Nasz wyjazd zaczęliśmy od slow foodowej kolacji w siedzibie ISTITUTO MARCHIGIANO ENOGASTRONOMIA w Jesi.


Ukazała się nam ciekawa historia regionu, w którym wino produkowano przez lata praktycznie na własny użytek. Silny przemysł powodował odpływ ludzi z rolnictwa, a więc też winiarstwa. Dopiero od kilkunastu lat winiarstwo Marche wyszło na szerokie wody. W pięknych salach średniowiecznych murów Jesi mogliśmy skosztować win produkowanych z regionalnego szczepu czyli Verdicchio di Jesi.

Lekkie, orzeźwiające białe wina są naprawdę interesujące. Jednak wino nabiera smaku, jeżeli towarzyszy mu jedzenie. Mogliśmy skosztować między innymi regionalnych serów i wędlin, oliwy i regionalnego pieczywa. Jeżeli traficie na targ w okolicach Jesi szukajcie między innymi doskonałej wędliny, sygnowanej włoskim slow food - SALAME FABRIANO, robioną według tradycyjnej receptury.

Planując wyjazd do Marche, jak do każdego regionu winiarskiego warto umówić się na odwiedziny winnicy. Te większe są przygotowane na przyjmowanie enoturystów, ale i właściciele małej chętnie zajmą się poszukiwaczami dobrych smaków. My zajrzeliśmy do winnicy , która od trzech pokoleń należy do rodziny Ronchi - Azienda Vinicola Umani Ronchi, Osimo.


Piękne uprawy winorośli, specjalnie selekcjonowane grona pozwalają na produkcję świetnych win. Ciekawostką jest to, że sala degustacyjna znajduje się w piwnicy nagrodzonej w 2016 roku w konkursie architektonicznym w tej właśnie kategorii. Ciekawostką jest, że wszystkie wina z tego miejsca są wegańskie.

Kolejne piękne miejsce to Casa Vinicola Garofoli , Loreto, po którym oprowadzała nas właścicielka Daria Garofoli (przez nas spóźniła się z podaniem makaronu swojemu małżonkowi!). Tu skosztowaliśmy nie tylko win, ale też fantastycznej oliwy i dwunastoletniej brandy, która była doskonałym zakończeniem spotkania. Ciekawostką, która nas na początku lekko zdziwiła, że podawany w całym Marche biały delikatny chleb jest pieczony całkowicie bez soli, co pozwala lepiej czuć smak oliwy właśnie.
Okazuje się, że restauracje z gwiazdką Michelin można znaleźć daleko od gwaru wielkiego miasta. My wpadliśmy na lunch do Ristorante Andreina w Loreto prowadzonej przez małżeństwo: on jest szefem kuchni, ona zarządza restauracją. Mogliśmy cieszyć się tym co najlepsze daje Marche w nowoczesnej wersji.

Samo miejsce ma ciekawą historię. Otóż dziadek właściciela prowadził sklep i jednocześnie skupował dziczyznę od myśliwych. Z czasem zaczął też z doskonałego mięsa przygotowywać potrawy, powoli dobudowywał kolejne pomieszczenia aż sklep całkowicie ustąpił miejsca restauracji, w wejściu której czeka na Was do dziś otwarty grill, ślad tradycji tego miejsca. Twórczynią pierwszych przepisów była babcia obecnego właściciela Andreina, stąd też nazwa miejsca. Były doskonałe owoce morza, mięsa, warzywa i pieczywo w towarzystwie lokalnych win. A w myśl słynnego powiedzenia, że na deser jest osobny żołądek, na zakończenie posiłku kelnerzy wnieśli tace z miniaturowymi słodyczami i filiżanki wyśmienitego espresso. To w tym miejscu dowiedzieliśmy się, że charakterystyczne dla regionu jest faszerowanie nieomal wszystkiego, w tym oliwek. (nadziane mięsem lub owocami morza, a potem panierowane i smażone w oliwie stanowią przystawkę praktycznie w każdej restauracji, ale też w domach).

Feeria świetnych dań opartych na lokalnych produktach i inspirowanych tradycją miejsca. Idealnie dobrane wina, do tego serwis i pełni uroku gospodarze.
Trzymamy kciuki za ich drugą gwiazdkę, choć i bez tego „dowodu gastronomicznej słuszności” warto wpaść do Andreiny i pokosztować dzieł jej chefa Errico Recanati.

Winiarski dzień zwieńczyliśmy spotkaniem z kilkunastoma winiarzami w małymi, często dopiero budującymi swoją legendę, którzy czekali na nas w Cantine Moroder. Okazuje się, że winiarstwo w Marche przeżywa właśnie swój renesans i po latach produkowania wina na własne potrzeby otwiera się co raz bardziej na świat. Do uprawy winorośli powracają dzieci i wnukowie rolników, porzucający nierzadko pracę w korporacjach czy przemyśle (skąd my to znamy!).
Zdecydowanie do takiego zjawiska przyczyniły się zmiany w gospodarce regionu i znaczące zmniejszenie się produkcji przemysłowej. Dzisiaj wina z Marche eksportowane są nawet do Japonii. Można tu znaleźć doskonałe wina z niewielkich winnic. Bohaterem wieczoru były czerwone wina Conero.
Na kolację wybraliśmy się do restauracji, a właściwie do plażowego baru. Zaprowadził nas do niej jeden z winiarzy. Na miejscu okazało się, że prowadzi ją jego brat, Marcello (tak samo nazywa się bar). Doskonałe jedzenie, mili gospodarze i widok na piękną zatokę. Jednym słowem dolce vita. W takich miejscach można zrozumieć atmosferę Italii i pokosztować włoskiego życia.

Kolejny dzień to przedpołudnie w pięknej winnicy Azienda Santa Barbara, niestety nie udało nam się poznać legendy winiarstwa tego regionu, czyli Stefano Antucci, może kiedyś jeszcze tam wrócimy. Skosztowaliśmy nie tylko świetnych win, które sam komponuje Stefano, ale też doskonałego wermutu i leżakujących w dębowych beczkach destylatów. Do tego w chłodnych wnętrzach piwnic doskonały ser, chleb i oliwa - czego potrzeba więcej do szczęścia??

W kolejnym etapie postanowiliśmy zrozumieć, co mają na myśli mieszkańcy Marche, mówiąc, że ich region to miniatura całych Włoch - wybrzeże, piękne doliny i wysokie góry. Pojechaliśmy w stronę miejscowości Matalica, żeby pokosztować regionalnego szczepu Verdicchio di Matalica. Degustacja odbyła się w zabytkowym teatrze, który jest siedzibą stowarzyszenia jego producentów. Piwnice z rzymskimi mozaikami, czerwony plusz foteli starego i schłodzone wino, to jedno wspomnień z pięknego miasta.

Do tego były ubrane w szydełkowe sweterki platany na jednym ze skwerów, malowane domy w pobliskim miasteczku i piękne górskie krajobrazy.

Dzień zwieńczyliśmy kolacją w lokalnej restauracji, z jakże odmiennym od nadmorskiego menu, pełnym wieprzowiny i dziczyzny.

Będąc w Marche nie można nie zajrzeć do Ancony, jednego z większych portów Adriatyku, działającego od czasów rzymskich.
Ślady historii można znaleźć na każdym kroku. Symbolicznym wejściem do portu jest łuk cesarza Trajana - warto tam się wybrać.
Zobaczenie najpiękniejszych miejsc wymaga trochę wysiłku i wspinania się na wzgórza, ale zapewniamy Was, naprawdę warto. Na koniec wycieczki można usiąść w jednej z wielu restauracji, zamówić świetną rybę z kieliszkiem Verdicchio, posiedzieć i poprzyglądać się miastu i jego mieszkańcom.

Nasza podróż to była błyskawiczna, intensywna wycieczka, nieomal w amerykańskim stylu „jeżeli to wtorek, to jesteśmy w Belgii” ;). Żeby spokojnie posmakować tego regionu zapewne potrzebne jest co najmniej dziesięć dni. Więc tą eskapadę możemy potraktować raczej jako rekonesans przed prawdziwą wyprawą. A to zobaczyliśmy, ludzie, których poznaliśmy zachęcają do powrotu, może nawet mniej upalny początek jesieni jest lepszym czasem dla nas ludzi z północy na smakowanie Marche.
Dziękujemy INSTITUTO MARCHIGIANO ENOGASTRONOMIA za zaproszenie i pokazanie Marche :)
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...